Kiedy odwiedzam znajomych, częstujących mnie pysznościami , bardzo często odpowiadam: "Dziękuję, nie mogę tego jeść i tamtego też nie". Wtedy pada pytanie: "To co Ty właściwie jesz?"
Na początku dodam, że nie wiem co uczula moje dziecko, pani doktor stwierdziła, że na pewno mleko krowie. Stan skóry Piotrusia jest zmienny - raz lepiej a raz gorzej, zależny od temperatury otoczenia (w te upały uwierzcie, że nie mogę doczekać się jesieni) a także od działania kosmetyków i maści. Na dodatek reakcje alergiczne występują z kilkudniowym opóźnieniem. Wszystko to powoduje, że naprawdę bardzo ciężko jest mi ocenić, co uczula. Z tego względu trochę się martwię jak to będzie z tym rozszerzaniem diety - skąd będę wiedziała, jaka nowość wywołuje alergię?
Póki co karmię synka piersią i ze względu na jego słaby przyrost wagi w ubiegłym miesiącu, dokarmiam Nutramigenem, jednak nie są to duże ilości (max. ok. 100 ml dziennie).
Za namową pediatry i dermatologa przeszłam na bardzo restrykcyjną dietę i wyeliminowałam wszystkie produkty potencjalnie alergizujące: mleko (a jest go pełno w wędlinach, pieczywie i innych produktach, jem specjalną margarynę bez serwatki - roślinną) i w konsekwencji wszelki nabiał, a także jajko, pomidor, por, seler, czekolada, kakao, orzechy, czekolada, truskawki, poziomki, cytrusy, wołowina, cielęcina, kiwi, soja (białko sojowe bardzo często występuje w wędlinach), ryby, owoce morza, ziarna sezamu, miód. Naprawdę nie wiedziałam, że tak wiele jest alergizującej żywności! Dodatkowo ponieważ wszelkie konserwanty i sztuczne barwniki również uczulają i wywołują negatywny wpływ w zasadzie na każdy organizm, to nie jem żadnych kupnych wędlin, sztucznych zupek, żadnych słodyczy kupnych, ciast, puszek, przypraw, gotowych sosów. itd.
Ze względu na wzdymające właściwości, póki co nie jadam kapusty, fasoli, bobu, grochu i ostrożnie podchodzę do cebuli i kalafioru oraz warzyw strączkowych.
Moim nawykiem i męża jest dokładne czytanie etykiety każdego produktu, który kupujemy.
No dobra, to co ja właściwie jem? :-D
Kasze, makarony bezjajeczne, ryż, ziemniaki, warzywa: buraki, brokuły, papryka, ogórki zielone, marchewka, cukinia, pietruszka, kapusta pekińska, pieczarki, kukurydza, sałata, szpinak, szczypiorek, koperek, do przyprawiania używam soli, pieprzu, ziół: prowansalskich, oregano, bazylię, natkę pietruszki, koperek, cynamon, owoce: praktycznie wszystkie oprócz wyżej wymienionych. Mięso: drobiowe, indyk, wieprzowina, owoce suszone, dżemy i kisiele domowe. Do smażenia używam oliwy, oleju rzepakowego oraz margaryny bezmlecznej. Zamiast wędlin piekę szynkę lub polędwicę a czasem też schab i jem na kanapkę. Czasem pokuszę się o jakąś dobrą kiełbaskę lub parówki, ale takie gdzie jest jak najmniej konserwantów i najwięcej mięsa, np. parówki Sokołów ok 90% mięsa i parówki wieprzowe Tarczyński. Pieczywo w miarę bez konserwantów no i obowiązkowo bez dodatku mleka. Gdy mam ochotę na słodkości to piekę sobie pyszne ciasteczka owsiane oraz ciasto jabłkowe z produktów sypkich, czasem robię mus owocowy na zimno. Ostatnio upiekłam też pyszne jabłuszka z powidłami śliwkowymi i płatkami migdałowymi - naprawdę pychota ;-)
A co gotuję na obiad? Tu faktycznie, często dania się powtarzają, ale oprócz diety głównym powodem jest to, że przy Piotrusiu naprawdę ciężko coś ugotować, więc przyrządzam takie potrawy, które zajmują 10 minut. Uwielbiam makaron z cukrem i owocami, np. malinami, jagodami lub borówkami. Często na obiad mamy makaron i ryż z różną kombinacją warzyw, mięsa, pulpety, roladki, zupy: rosół, jarzynowa, pieczarkowa, barszcz czerwony, krem z marchwi i grzankami - pychotka ;-) makaron z jabłkami, zapiekanki ziemniaczane z warzywami, pieczonki, itp.
Dodatkowo przyjmuję dwa razy dziennie najzwyklejsze wapno oraz witaminy dla kobiet karmiących.
Jem dużo, bo mam większe zapotrzebowanie niż w okresie ciąży. Natomiast włosy mi nie wypadają, chudnę sobie powolutku, jeszcze nie wróciłam do wagi sprzed ciąży, ale brakuje tylko 3,5 kilo ;-)
Największy problem w całej tej diecie to stołowanie się poza domem - w zasadzie niemożliwe, czy podczas spotkań rodzinnych, no i zjadłabym to i owo (oj bardzo bym zjadła).
Wydaje mi się jednak, że ta dieta pomaga, bo jest dużo lepiej niż przed jej wprowadzeniem. Zmiany wracają, jednak nie wiem czy nie jest to spowodowane upałem - skóra się poci Piotrusiowi i w zgięciach łokci, kolan, szyji pojawia się rumień. Zobaczymy jaka sytuacja będzie jesienią, gdy wrócą chłodne dni.
Czasem ludzie pytają, czemu nie zrezygnuję z karmienia piersią na rzecz Nutramigenu? Bo nie mam gwarancji, że to pomoże, a nie chcę niepotrzebnie pozbawiać synka leczniczych właściwości mojego mleka. Na dodatek Piotruś nie umie żyć bez "leee", o czym pisałam tutaj.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 lipca 2014
sobota, 14 czerwca 2014
Z Piotrusiowego słownika: "leee"
Dzisiaj będzie o najważniejszej potrzebie naszego smyka, czyli o "leee".
Co to znaczy?
"Leee" oznacza: "jestem głodny, chcę mleczka", "jestem śpiący, chcę cycusia". Gdy Piotruś woła "leee" trzeba przystawić go do piersi. I to wcale nie oznacza, że jest po prostu głodny, wystarczy go nakarmić i po sprawie. O nie, ten kto tak myśli, grubo się myli. Gdy maluszek jest zmęczony lub śpiący, to woła "leee" ponieważ głównie ssąc maminą pierś potrafi zasnąć, a gdy się przebudzi niekoniecznie z powodu głodu, to znowu woła "leee", aby poczuć się bezpiecznie. I żadne smoczki nie wchodzą w grę ;-) Czasem jest tak, że moja pierś to jest smoczek: gdy widzę, że synek usnął, próbuję go odłączyć i nie raz się zdarzyło, że Piotruś się wybudził, więc musiałam z nim leżeć 30 minut i pozwolić mu ssać.
Kolejna sprawa to spacery w wózku. Oczywiście, wybieram się z synkiem na spacer tuż po karmieniu, zmianie pieluszki i gdy zauważę oznaki senności lub znużenia. Wkładam malucha do gondolki i w najlepszym wypadku przez około 20-30 minut Piotruś wierzga nóżkami i jest pełen energii, po czym następuje zmęczenie (nawiasem mówiąc, gdybym ja tak kopała, to zmęczyłabym się już po 5 minutach) i słyszę "leee". Co oczywiście oznacza "jestem zmęczony, chcę cycusia, a już na pewno chcę na rączki. Czasem Piotruś w końcu zaśnie na maks 30 minut, a czasem trzeba z żalem ewakuować się do domu.
I na koniec "leee" to po prostu wołanie o świeże, ciepło mleko prosto z piersi i żadne tam picie tego mleka z butelki. Nasz synek wie co to najwyższa jakość ;-)
Jak wiecie nasz synek choruje na AZS, w związku z czym spotkałam się z radami czy też sugestiami (na szczęście nie od lekarzy) by może spróbować odstawić go od piersi i podawać antyalergiczne mleko modyfikowane np. Nutramigen. Abstrahując od leczniczych właściwości karmienia piersią, powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie tego! Bo karmienie piersią to nie tylko karmienie, ale też zaspokojenie potrzeby bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Gdybym faktycznie musiała malucha odstawić, to byłby to ogromny szok dla niego i już widzę ten płacz, przerażenie w oczach i usypianie dziecka przez 3 godziny, aż padnie zmęczony ciągłem płaczem.
Dlatego jeśli jest to możliwe, to zostajemy przy "leee" ;-D
Co to znaczy?
"Leee" oznacza: "jestem głodny, chcę mleczka", "jestem śpiący, chcę cycusia". Gdy Piotruś woła "leee" trzeba przystawić go do piersi. I to wcale nie oznacza, że jest po prostu głodny, wystarczy go nakarmić i po sprawie. O nie, ten kto tak myśli, grubo się myli. Gdy maluszek jest zmęczony lub śpiący, to woła "leee" ponieważ głównie ssąc maminą pierś potrafi zasnąć, a gdy się przebudzi niekoniecznie z powodu głodu, to znowu woła "leee", aby poczuć się bezpiecznie. I żadne smoczki nie wchodzą w grę ;-) Czasem jest tak, że moja pierś to jest smoczek: gdy widzę, że synek usnął, próbuję go odłączyć i nie raz się zdarzyło, że Piotruś się wybudził, więc musiałam z nim leżeć 30 minut i pozwolić mu ssać.
Kolejna sprawa to spacery w wózku. Oczywiście, wybieram się z synkiem na spacer tuż po karmieniu, zmianie pieluszki i gdy zauważę oznaki senności lub znużenia. Wkładam malucha do gondolki i w najlepszym wypadku przez około 20-30 minut Piotruś wierzga nóżkami i jest pełen energii, po czym następuje zmęczenie (nawiasem mówiąc, gdybym ja tak kopała, to zmęczyłabym się już po 5 minutach) i słyszę "leee". Co oczywiście oznacza "jestem zmęczony, chcę cycusia, a już na pewno chcę na rączki. Czasem Piotruś w końcu zaśnie na maks 30 minut, a czasem trzeba z żalem ewakuować się do domu.
I na koniec "leee" to po prostu wołanie o świeże, ciepło mleko prosto z piersi i żadne tam picie tego mleka z butelki. Nasz synek wie co to najwyższa jakość ;-)
Jak wiecie nasz synek choruje na AZS, w związku z czym spotkałam się z radami czy też sugestiami (na szczęście nie od lekarzy) by może spróbować odstawić go od piersi i podawać antyalergiczne mleko modyfikowane np. Nutramigen. Abstrahując od leczniczych właściwości karmienia piersią, powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie tego! Bo karmienie piersią to nie tylko karmienie, ale też zaspokojenie potrzeby bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Gdybym faktycznie musiała malucha odstawić, to byłby to ogromny szok dla niego i już widzę ten płacz, przerażenie w oczach i usypianie dziecka przez 3 godziny, aż padnie zmęczony ciągłem płaczem.
Dlatego jeśli jest to możliwe, to zostajemy przy "leee" ;-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)